Sunday, May 10, 2009

MAREK GRECHUTA - Dni ktorych nie znamy

MAREK GRECHUTA - Dni ktorych nie znamy


Nie pytam, ile mi zapłacą
Nasz Dziennik, 2009-05-09
Z Olgierdem Łukaszewiczem, aktorem filmowym i teatralnym, odtwórcą roli generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila" w filmie Ryszarda Bugajskiego "Generał "Nil"", prezesem Związku Artystów Scen Polskich w latach 2002-2005, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jak to się stało, że Pana ojciec znalazł się w Taszkiencie?
- W roku 1847 mój przodek Mieczysław Łukaszewicz został zesłany wyrokiem sądu w Mińsku (Białoruś) do twierdzy w Orenburgu - za przechowywanie listów generała Mierosławskiego. W ten sposób losy rodziny związały się z tamtymi terenami. Mój ojciec wychowywał się w Taszkiencie. Gdy wybuchła rewolucja, cała rodzina uciekła do Polski. Stąd też wzięły się moje zainteresowania losem XIX-wiecznych zesłańców. To właśnie im i ich następcom z lat 40. XX wieku poświęciłem swój spektakl na placu Teatralnym w Warszawie pt. "Zaduszki Narodowe 2000".

Pana rodzice poznali się podczas okupacji?
- Tak, w Warszawie w 1942 roku. Mama pochodziła z Kamieńca Podolskiego. Gdy była niemowlęciem, jej rodzice w 1920 roku, uciekając z Kresów, osiedlili się w Lesznie pod Warszawą. Rodzina była związana z przemysłem cukrowniczym. To generacja opisana przez Iwaszkiewicza w "Sławie i chwale".

Ale urodził się Pan na Śląsku...
- Po Powstaniu Warszawskim rodzice ze starszym bratem Krzysztofem przez obóz w Pruszkowie dotarli na Śląsk. Nasze korzenie związane są jednak z Kresami, moje imię jest przecież bardzo wileńskie. W Wilnie ojciec studiował medycynę, którą skończył w 1932 roku. Później znalazł się w Warszawie. Krąg jego wileńskich znajomych odegrał ważną rolę w naszym domu. Rodzina ze strony ojca jest spokrewniona z prezydentem Władysławem Raczkiewiczem, jego matka była z domu Łukaszewicz, a także z Billewiczami, więc w jakiś sposób ponoć z Józefem Piłsudskim. Warszawa, niestety, była miejscem, do którego przez wiele lat musiałem się psychicznie "przyszywać", wżywać w historię tego miasta. Nie czułem się jej pełnoprawnym obywatelem, choć tu urodził się mój starszy brat.

Czy ktoś przed Panem zajmował się w rodzinie aktorstwem?
- Nie. Znam swoje drzewo genealogiczne od początku XVIII wieku. Nic mi nie wiadomo o żadnych artystycznych tradycjach w tej rodzinie.

Dom Pana rodziców był otwarty na sztukę?
- Mama starała się uwrażliwić nas na odbiór sztuki poprzez obowiązkowe słuchanie koncertów czy konkursów chopinowskich. Nie wolno nam było wtedy śmiać się, żartować, trzeba było siedzieć i słuchać. Bywały także niedzielne popołudnia, kiedy starała się nas zainteresować albumami malarstwa, jakie zostały w naszym domu jeszcze po Niemcach. Kiedy narodziły się w nas, tzn. we mnie i w Jerzym, moim bracie bliźniaku, zainteresowania artystyczne, to trudno powiedzieć. U mnie rozwijało się ono gdzieś bardzo wcześnie, była to chęć występu i recytacji. Pamiętam, że sam organizowałem kabareciki i teatrzyki w szkole, a brat miał już w ręku kamerę filmową. Dziś Jerzy Łukaszewicz jest operatorem filmowym, doktorem na Uniwersytecie Śląskim na Wydziale Filmowym, napisał podręcznik do nauki dla operatorów filmowych, jest także autorem zdjęć do "Doliny Issy", "Seksmisji", "Vabanków" oraz reżyserem filmu "Faustyna" o św. siostrze Faustynie Kowalskiej. Nasze pasje rozwijały się więc jakoś bliźniaczo, chociaż nie jesteśmy dosłownie bliźniakami, tylko dwojakami.

Ale jest między Panami podobieństwo fizyczne?
- Kiedyś było, bo mylili nas nawet koledzy po fachu. Ale brat działa zawsze z drugiej strony kamery, więc był incognito. W "Soli ziemi czarnej" gra brata, który pierwszy ginie.

Brat zagrał tylko raz?
- Tak.

Nie miał zamiłowania do aktorstwa?
- Nie, broń Boże, jego to zawsze, szczerze mówiąc, denerwowało. Gdy w dzieciństwie "odprawialiśmy" Mszę Świętą, bo wcześnie zostaliśmy ministrantami, wszelkie próby teatralizacji, które ja koniecznie chciałem wprowadzać, tj. np. malowanie i wycinanie ornatu, jemu bynajmniej nie były potrzebne.

A co Pana pociągało w aktorstwie?
- Tego nie wiadomo, bo to jest forma zaspokojenia siebie, wyżycia się, albo jak ktoś inny pięknie powie, samorealizacji. Bo jeżeli chłopak, powiedzmy, 15-letni zamyka się w małym pokoju i czyta na głos poezję, to znaczy, że ma jakiegoś fioła na ten temat. Wszelkie pytania typu: "dlaczego chcesz zostać, młody człowieku, aktorem", są nieuzasadnione, a bywają stawiane w szkołach teatralnych. Jeżeli je serio potraktować, to żaden z pytających nie wie, dlaczego ktoś chce być aktorem. Jednego pociąga możliwość przebierania się i poczucie, że mówi w imieniu kogoś innego - znamy wielu aktorów, którzy w życiu są bardzo nieśmiałymi ludźmi, milczącymi, po których nikt by się nie spodziewał, że rozkwitają fantazją, wyobraźnią wtedy, kiedy przychodzi do budowania jakiejś postaci i kiedy mówią cudzym tekstem, bywają wówczas olśniewający. Jeden lubi bardziej przedstawiać, inny znów spowiadać się, mówić jakby w imieniu swojego wnętrza: to ja jestem tą postacią, to ja, to ja. Są kandydaci, którzy cenią słowo i chcą recytować, a są tacy, którzy wychodzą od ruchu, gestu, tonu głosu, czyli od pewnego wyczucia formy, a nie od tego, co chcą powiedzieć.

Jak jest w Pana przypadku, w czym najlepiej się Pan czuje?
- Zdecydowanie determinowało mnie słowo, to, co chcę powiedzieć, ale to nie oznacza, że eksperymenty były mi obce. Bo już na przykład na egzaminie wstępnym do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie mówiłem w bardzo stylizowany sposób fragment z "Wojny trojańskiej" Jana Parandowskiego dotyczący pojedynku Achillesa i Hektora. Spowodowało to, że komisja zadała mi inne formalne ćwiczenia. Miałem powiedzieć ten tekst, tak jakbym był sprawozdawcą meczu sportowego, a później jakbym błagał o życie. Słowo staje się wówczas służebne w stosunku do głównej, założonej sytuacji, to decyduje właściwie o aktorstwie. Były też chęci widzenia siebie w innych postaciach. Jako dziecko często przebierałem się w ciuchy matki i ojca i opowiadałem o sobie niestworzone historie. I wie pan, z perspektywy lat zostaje gdzieś właśnie z dzieciństwa taka chęć konfabulacji, a jednocześnie spowiedzi, przedstawiania siebie światu jakby innym. Bardzo ciekawą refleksją podzielił się kiedyś Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński. Na pytanie, co to jest miłość bliźniego, odpowiedział: "To jest powiedzieć: cieszę się, że jesteś inny". Dla mnie zespół aktorski to jest właśnie menażeria wrażliwości i inności. Tutaj te inności spotykają się ze sobą i dogadują. Mamy w ten sposób pewną sublimację tego, co jest w życiu naprawdę.

Obsadzany był Pan najczęściej w rolach amantów, wrażliwych i chorowitych młodzieńców. Denerwowało to Pana czy może dobrze się Pan czuł w tych wcieleniach?
- Przede wszystkim nie tylko były takie role, był ich szeroki wachlarz. Ale faktem jest, że grałem ludzi zawsze trochę takich wychylonych albo w jedną, albo w drugą stronę, na niepewnych nogach. Co to znaczy? Albo bardziej dziecinnych, infantylnych, bezbronnych, kruchych, wrażliwych i wręcz chorych, umierających, jak Stanisław z "Brzeziny", Franz w "Pułapce", narkoman w "Kapeluszu pełnym deszczu", tzw. wrażliwy morderca w przedstawieniu "Azyl", czyli ktoś, kto przez przypadek popełnił morderstwo. Albo złe postaci, jak faszyzujący Franzel w filmie "Magnat" Filipa Bajona czy doktor Kramer w "Dotkniętych" Wiesława Saniewskiego, lekarz psychopata cierpiący na brak uczuć. Były także i role komediowe, nie tylko Alberta w "Seksmisji", ale chociażby magnata gdzieś na Kresach w serialu "Przeprowadzki", którą potraktowaliśmy zdecydowanie parodystycznie i komediowo, czy rola w spektaklu "On czy nie on" w reżyserii Edwarda Dziewońskiego. Najmniej otrzymywałem ról mężczyzn mocno stojących na ziemi. Jednym z pierwszych tego typu zadań była rola apostoła Tomasza w "Wieczerniku" Ernesta Brylla, czyli pierwsza próba wyłamania się. Moja droga wynikła prawdopodobnie z konfrontacji z Danielem Olbrychskim w "Brzezinie" - on szedł swoją drogą sportową, a mnie radzono, żebym trzymał się tego swojego kruchego emploi, które jednak na dłuższą metę mężczyznę musi wyprowadzić na manowce. Ale mimo wszystko nie żałuję, bo to doprowadziło mnie w końcu do wspomnianej już roli Franza w "Pułapce" Tadeusza Różewicza. Tam jest dojrzały mężczyzna, ale taki kruchy, taki dziwny...

Lepiej czuje się Pan na deskach teatralnych czy na planie filmowym?
- W styczniu tego roku minęło 40 lat od mojego debiutu teatralnego. Debiut w filmie odbył się wcześniej, bo już na trzecim roku studiów aktorskich w 1967 roku. Była to rola w filmie "Dancing w kwaterze Hitlera". Został on jednak wyświetlony już właściwie po "Soli ziemi czarnej", po "Perle w koronie", ba, po "Romantycznych" Stanisława Różewicza, bo był trzymany przez cenzurę. Także mój prawdziwy debiut był już po tych pierwszych błyskach, które właściwie ustawiły mnie na całe lata. Patrząc na życie, które minęło, ciekawszy bilans przedstawia dorobek filmowy niż ten teatralny, gdzie odczuwam jakiś niedosyt propozycji, niedosyt grania. Mogę mieć jedyną satysfakcję, że to, co jest w filmie, to zostaje, a to, co w teatrze, choćby najpiękniejsze, ulatuje. Widziałem wiele wspaniałych kreacji wykonanych przez moich wielkich, wybitnych kolegów. Pozostał tylko żal, że ich nie ma teraz, bo teatr jest efemerydą.

Muszę zapytać Pana o "Seksmisję", bo stała się komedią kultową. Czym była dla Pana przygoda z tym filmem?
- Juliusz Machulski odcina się od wszelkich skojarzeń politycznych, ale przecież nie zaprzeczał im wtedy, kiedy te skojarzenia się narzucały. Dla mnie było jasne, że nie jest to rozprawa z płcią piękną, ale film o państwie totalitarnym.

Nie traktował Pan go również jako paszkwilu na feminizm?
- Nie, traktowałem to jako odreagowanie stanu wojennego, bo to są żarty ze stanu wojennego, tak to rozumiałem. W związku z tym może też zawęziłem pole dla własnej wyobraźni w tej roli. Może mogłem coś zagrać bardziej kabaretowo - zakpić ze wszystkich humanizujących ideologów, którzy mają jakieś zadania wobec ludzkości w przeciwieństwie do cwaniaka Maksa, który z ludzkością chce robić interes. Wydaje mi się, że Maks jest postacią bardziej żywą niż nieżyciowy Albercik, stanowiliśmy jednak dwa uzupełniające się bieguny.

Jest Pan typem romantyka?
- Zależy, co pod tym terminem się rozumie. Na pewno jestem idealistą, człowiekiem sentymentalnym, to znaczy takim, dla którego emocje odgrywają dużą rolę, umiem się poświęcić rzeczom niekoniecznie przynoszącym dochód. Dla samej radości działania, współdziałania z innymi. Ten temperament społecznika miałem od dzieciństwa, od roli przewodniczącego klasy, samorządu szkolnego, drużynowego harcerstwa, szczepowego...

...Na prezesie ZASP skończywszy?
- Tak. Ponieważ ZASP to było wyzwanie, które zrodziło się we mnie po pobycie w Niemczech. Zobaczyłem, że polscy aktorzy i twórcy teatralni nie mają partnera, z którym mogliby mówić, czym jest teatr, jak powinien być prowadzony, jakie powinny być zabezpieczone warunki dla twórczości. Mieliśmy okres, w którym samorządy z trudem wygospodarowywały środki na koszta stałe budynku, ale już nie na twórczość. Mówiono, że teatry same mają sobie zdobywać sponsorów. To jest jakieś przemieszanie pojęć, które trwa do dzisiaj, kiedy traktuje się dyrektora teatru jako pracownika samorządu w tych teatrach, które są marszałkowskie. Nie mówiąc już o reformie samego zarządzania ZASP, który udało się uratować od zapaści finansowej.

Dlaczego wyjechał Pan do Niemiec?
- Pod koniec 1988 roku wyjechałem do Austrii. Na wybory w 1989 roku przyjechałem jeszcze do Polski, na krótko przed podjęciem pracy w serialu "Z klaunami przyszły łzy" w telewizji bawarskiej. Wyjechałem, bo czułem, że coś się wokół mnie kończy, nie otrzymywałem takich ról, jakich oczekiwałem, być może byłem zbyt niecierpliwy. Przede wszystkim jednak chciałem zobaczyć, czym jest Europa, co by było, gdyby się tam żyło i mieszkało. To doprowadziło w konsekwencji po paru latach do tego, że z żoną, dzieckiem i psem wyjechałem na dłużej za granicę. Z doświadczeń zdobytych tam czerpię do dzisiaj.

Zastanawiał się Pan nad pozostaniem za granicą?
- Za dużo byłoby komplikacji życiowych dotyczących przede wszystkim córki, jej matury, ona by to przypłaciła dwoma, jeżeli nie trzema latami w życiorysie. Małżonka też nie bardzo chciała się aklimatyzować w tamtejszej rzeczywistości. Osobiście pobyt w Niemczech traktowałem trochę sportowo, by udowodnić sobie, że stać mnie będzie na to, żeby nauczyć się języka obcego i posługiwać się nim w sposób artystyczny. Udowodniłem sobie, że to potrafię. Najbardziej cieszę się z tego, że mogłem prezentować polską literaturę w tłumaczeniach Karla Dedeciusa w różnych miastach Niemiec. Niedawno otrzymałem order zasługi prezydenta Niemiec, uroczystość odbyła się w Teatrze Polskim. Pobyt za granicą był dla mnie niezwykłym doświadczeniem, zobaczyłem, czym są demokratyczne Niemcy, czym jest w ogóle demokracja, jaki jest poziom życia artystów, jak są finansowane teatry. Zostałem prezesem ZASP, ponieważ chciałem wiele cennych rozwiązań niemieckich wprowadzić w Polsce. Uważałem, że brakuje nam związku scen polskich utrzymującego teatry na wzór związku scen niemieckich.
Niech pan zauważy, że w latach komunistycznych był możliwy ruch artystów pomiędzy miastami. Teatry miały do dyspozycji mieszkania dla artystów i można było grać np. w Tarnowie, a potem w Poznaniu i w Warszawie. To był ruch z pożytkiem dla całego zjawiska kultury. Dzisiaj mamy związanie aktora z jednym miejscem, jest w tym coś niezdrowego, bo wędrówka jest istotą tego zawodu.

Stąd Pana pomysł na jeżdżenie z monodramami po Polsce?
- To zupełnie inna historia. To wyrosło jeszcze z lat 70., kiedy występowałem z programami poezji w domach kultury. Nie było nic innego, więc słuchano poezji. Zaowocowało to moją aktywnością podczas Dni Kultury Chrześcijańskiej i własnym teatrem opartym na "Psalmach" Dawida w przekładzie Romana Brandstaettera. To były czasy bojkotu, wtedy w bardzo wielu miejscach grałem te swoje psalmy. Spektakl ten po latach zrealizowałem również na terenie Niemiec.

"Wierna rzeka", "Brzezina", "Noce i dnie", "Lekcja martwego języka", "Karol, człowiek, który został Papieżem", wiele można wymieniać tytułów, gdzie stworzył Pan wspaniałe, niezapomniane kreacje. Które są dla Pana najważniejsze?
- Wolałbym raczej powiedzieć, o które z tych wymienionych tytułów bym się dzisiaj upomniał, a nie, które najbardziej lubię. Bo jednak czas mija, a okazuje się, że TVP Kultury nie stać na to, aby wznowić Teatr Telewizji. Nie rozumiem tego, przecież to są nasze zbiory. Za parę dni, 17 maja, będzie mój dzień w TVP Kultura i kiedy upomniałem się o role w sztukach, które przepadły, a przez lata były w Teatrze Telewizji, tj. np. spektakl o Jonathanie Swifcie, który kiedyś został doceniony Złotym Ekranem, powiedziano mi, że się nie da tych sztuk pokazać, że to za drogie. O "Lekcji martwego języka", w której grałem porucznika Alfreda Kiekeritza, powiedziano mi dodatkowo, że kupiło ją Ale Kino. Nie bardzo wiem, dlaczego TVP Kultura nie ma dostępu do tzw. skarbnicy naszego dorobku.

Kiedy zainteresował się Pan bardziej kinem historycznym?
- Pan jest naprawdę uprzejmy, mówiąc, że to ja się zainteresowałem, a to polega przecież na tym, że reżyser zaprasza do współpracy albo nie. Bardzo ciekawie było na przykład przy "Wiernej rzece", to był stan wojenny. Toczyliśmy rozmowy z Tadeuszem Chmielewskim, kto mógłby zagrać Salomeę. Wymienialiśmy różne osoby, plusy i minusy. A za chwilkę, po odłożeniu słuchawki, telefon. "Proszę pana - słyszę kobiecy głos - a o jaki film chodzi, w jakim filmie będzie pan grał?". Rozmowy były podsłuchiwane. O tym, że film będzie się w ogóle realizowało, zdecydował sam Mieczysław Rakowski, uchylając w ten sposób decyzję Jerzego Passendorfera, który pełnił funkcję wiceministra kultury i zawiesił jego produkcję jako filmu antyrosyjskiego.

Dlaczego Rakowski się zgodził?
- Rozmawiał z Krystyną Jandą. Gdy dowiedział się, że chce wyjechać z kraju, powiedział: "Dlaczego chce pani wyjeżdżać z kraju, to mogłaby być rola dla pani?". Ona na to, że właśnie tę produkcję zawieszono. Przy niej wykonał telefon do ministra i zmieniono decyzję. Przecież musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że uruchamia siły, które znowu mogą jak "Dziady" budzić skojarzenia antyradzieckie, bo film o Powstaniu Styczniowym jednoznacznie tego typu emocje budził, tym bardziej że Tadeusz Chmielewski uparł się, aby wróg nie mówił po polsku, tylko po rosyjsku, w swoim języku. Film oczywiście przeleżał ileś czasu, ale został zrealizowany. Muszę podkreślić, że nasze pokolenie aktorskie było w dużym stopniu formowane na tematach odnoszących się do tradycji narodowej, niepodległościowej. Cały idealizm mojego pokolenia czerpany był z XIX wieku. "Dziady" z Gogolewskim, Jasiukiewiczem w reżyserii Aleksandra Bardiniego stały się w 1956 roku wyłomem w Teatrze Polskim, były pierwszą jaskółką. Wyznaczały sposób naszego myślenia. "Dziady" z 1968 roku przyniosły już prawdziwy przełom. W XIX wieku znajdowaliśmy marzenie o niepodległej Polsce. Wiedzieliśmy, że poświęcić życie dla wolnej Ojczyzny jest słuszną sprawą. Tęsknić za nią wolno było, jednak do pewnego stopnia, byleby nie wspominać o tych, którzy działali przeciwko sowieckiej okupacji...

Tak jak legendarny dowódca Armii Krajowej, generał August Emil Fieldorf "Nil"...
- Taka postać jak Fieldorf budzi zdumienie swoją niezłomnością. Jego postawa wydaje się dla jednych postawą nieracjonalną, dla drugich sentymentalną, zbyt heroiczną, żeby była prawdziwa. A ona była prawdziwa. Myślę, że gdzieś w kręgu rodzinnym znałem tak bezkompromisowych i prostych w swoich decyzjach ludzi. Stąd było moje przekonanie, że bohater jest skromny, ma świat uporządkowany, racjonalnie ocenia szanse swojego przeżycia w tym niejednoznacznym jeszcze stalinizmie, o niejasnym, klarownym obliczu zła, tak jak nam się dzisiaj wydaje. I jeżeli ten film widzę, to wzrusza on właśnie niezwykłością tego człowieka. "Nil" dla Polski ryzykował wszystko. A czy my dzisiaj umiemy myśleć kategoriami wspólnoty, ponadpartyjnego interesu? Zdecydowanie nie. Jesteśmy w jakimś obłędzie wzajemnej licytacji, ponad wspólnym planem dla dobra wszystkich. A tu przede wszystkim trzeba zobaczyć drugiego człowieka...

Rola generała "Nila" jest dla Pana ważna?
- Stała się pretekstem do wielu własnych rozmyślań, dostałem ją przecież już po sześćdziesiątce. Z początku nie zdawałem sobie sprawy, jak pomnikowa jest ta postać. Gdy to sobie uświadomiłem, zrozumiałem, jak wielka odpowiedzialność na mnie spoczywa. Starałem się zobaczyć człowieka w dowódcy, który ogląda rzeczywistość z wielu pięter. Zna tych, którzy poszli jak kamienie rzucone na szaniec, aż po tych, którzy decydowali o historii w Londynie. Fieldorf okazał się nie romantykiem, który życie kładzie na szali, ale pragmatykiem, dowódcą wojskowym, który ocenia szansę powodzenia. Był świetnym logistykiem, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, stąd tyle jego udanych akcji. Są tacy widzowie, którzy oceniają ten film, mówiąc, że akcja faktycznie zaczyna się dziać od momentu zaaresztowania, ale spotykam też młodych ludzi, którzy mówią, że wstęp, który jest powolną opowieścią, buduje kontekst jego rodziny, wyobrażenia o normalności, świecie, który miał szanse jakiegoś rozwoju, ale który się zawalił. Zachęcam do obejrzenia tego filmu, ponieważ słyszę dookoła od ludzi słowa uznania za podjęcie tematu, co się jednak niebezpiecznie nie przekłada na liczbę widzów. Mamy zupełnie nowy rodzaj dystrybucji, który polega na tym, że albo film chwyci od razu, albo w ciągu dwóch tygodni zostanie wycofany przez dystrybutorów i to nam niestety grozi, bo jest za mała frekwencja. Z wypowiedzi córki generała Fieldorfa wnioskuję, że akceptuje całe przesłanie filmu, to jak zafunkcjonował przynajmniej w opinii prasy i pierwszych widzów. Rozumiem, że zastrzeżenia dotyczące rozwiązań fabularnych uznała w tej sytuacji za drugoplanowe, cieszę się również, że doceniła moją pracę nad rolą.

Trudno nie docenić...
- Zadają mi pytania, czy spotkałem się z córką generała. Przede wszystkim za późno dowiedziałem się, że można by było, że jest, że żyje. Po drugie, na tym etapie wyobraźni, pracy nad sobą, bałem się takiego spotkania. Obawiałem się, że raptem będę starał się wywiązać z jakichś zobowiązań, usłyszę o jakiejś cesze generała, o sposobie noszenia się, bycia i zachęci mnie to do ilustrowania. A ja skupiłem się na tym, by zrozumieć sceny i nie przeaktorzyć, mając na względzie uwagę śp. Stanisława Różewicza skierowaną kiedyś do mnie: "Co pan tyle gra". I to się sprawdziło.

Ma Pan jakieś pasje pozaaktorskie?
- Niestety, całe moje życie jest ułomne o tyle, że ani mnie nie interesują ryby, ani wyścigi Formuły 1 czy mecze piłki nożnej. Wtedy jedynie, kiedy są jakieś narodowe zrywy, staram się zrozumieć reguły gry i dołączyć do wiwatujących kibiców. Wszystko było dosyć obłokowe w moim życiu i kręciło się w sferze sztuki. Za mało czytam, ciągle nie ma na to tak naprawdę czasu.

Takie życie w biegu?
- Ale życie rodzinne jakoś się ostało przez te 40 lat, wnuki mają niezwykle ważne miejsce w moim harmonogramie czasu. Mam ich dwoje: 5-letniego Adasia i prawie 2-letnią Hanię.

Jak się Pan czuje w roli dziadka?
- Cudownie.

Pana żona jest także aktorką. Córka nie chciała pójść w Państwa ślady?
- Żona Grażyna Marzec od paru miesięcy, już jako emerytka, współpracuje z Polską Unią Transplantacyjną. Jeździ na szkolenia lekarzy, którzy muszą pertraktować z rodzinami potencjalnych dawców organów. Wspólnie z kolegą aktorem odgrywają sceny dla lekarzy, którzy uczą się pertraktacji. Obydwoje wymyślają jakieś postaci, nieistniejące sytuacje, a ci muszą szukać argumentów w swojej wyobraźni, by przekonać innych do słuszności oddania organów. Nigdy bym się nie postawił w takiej sytuacji, z podziwem patrzę na jej działalność i na jej ciągle wzrastającą wiedzę w tej dziedzinie. Żona sama przeszła ciężką chorobę, miała raka. Natomiast córka Zuzanna nie chciała być aktorką, marzyła o karierze tancerki, ale prosiła, bym nikomu w żadnym wywiadzie nie opowiadał o niej więcej.

Aktorstwo to dla Pana powołanie, pewien rodzaj służby?
- Tak. Niedawno Centrum Myśli Jana Pawła II opublikowało antologię literackich tekstów o Janie Pawle II. Znajduje się tam też dość obszerny fragment mojej wypowiedzi, który jest odpowiedzią na "List do artystów" Jana Pawła II. Byłem aktorem, który odczytał ten list Ojca Świętego jako pierwszy na konferencji prasowej w Episkopacie w 1999 roku i byłem pierwszym artystą, który go komentował. List stwarza bardzo szeroką bazę dla rozumienia swojej funkcji w społeczeństwie zarówno dla artysty wierzącego, jak i niewierzącego, szarpiącego się czy przeżywającego tajemnice wiary, ale stawia jeden warunek: angażuj się serio. Jest to rodzaj wzięcia się za bary ze światem, gdzie pieniądz nie odgrywa roli i nie ma pytania: ile mi za to zapłacą. Artysta musi być bezinteresowny, nawet ten kabaretowy, żeby dowcip się udał.

Czym wobec tego jest dla Pana wiara katolicka?
- Nie chciałbym mówić o niej, bo jest dla mnie sprawą intymną i różne jej fazy odczuwania, przeżywania i rozumienia miałem w życiu. Niewątpliwie najpiękniejsza była faza związana z obecnością wśród nas Ojca Świętego Jana Pawła II. Żaden okres w życiu nie zabezpiecza od wątpliwości, to nie jest tak, że przekraczając pewien wiek, ma się świat tak zbudowany, że daje on na wszystko odpowiedź. Ważna jest wzajemna pomoc w utwierdzaniu się w tym, czym jest wiara.

Dziękuję Panu za rozmowę.

Sunday, August 3, 2008

Dlaczego geotermia

Dlaczego geotermia
pos. Zofia Krasicka Domka (2008-07-30)
Aktualności dnia
słuchajzapisz
Dr n. med. Zofia Krasicka-Domka, poseł na Sejm III i IV kadencji: Przez osiem lat, wspierana przez krakowskich profesorów Juliana Sokołowskiego, Jacka Zimnego i Ryszarda Kozłowskiego - wybitnych ekspertów w sprawach energetyki odnawialnej - zabiegałam w Sejmie RP o uchwalenie ustawy, która stymulowałaby rozwój energetyki odnawialnej w Polsce, a w szczególności geotermii. Na terenie naszego kraju mamy około 7 tys. odwiertów, które czekają na zagospodarowanie. Projekt ustawy, o której uchwalenie zabiegałam, zakładał, że te odwierty będą przekazane gminom jako mienie komunalne, bez możliwości ich zbycia. Niestety, jako zwolennicy tego projektu nie byliśmy traktowani poważnie, a lobby paliwowo-energetyczne rzucało nam kłody pod nogi. Przeżyłam wiele rozczarowań, ale mój trud nie poszedł na marne. Jeszcze podczas ubiegłej kadencji Sejmu, podczas dyskusji na temat dywersyfikacji źródeł energii, już każdy z klubów parlamentarnych mówił o geotermii, a obecnie prace nad ustawą geotermalną kontynuuje poseł Gabriela Masłowska. Zastanawiałam się, dlaczego geotermia jest tak niedoceniana w naszym kraju. Odpowiedź nasunęła się sama, kiedy przed czterema laty brałam udział w międzynarodowej konferencji na temat energetyki odnawialnej w Bonn. Jeden z prelegentów zauważył wówczas, że źródłem energii XXI wieku będzie ciepło ziemi, a jeśli dysydenci tego nie potrafią zauważyć, to świadczy o ich niedouczeniu. Pozostawię tę sprawę bez komentarza. Dziś niezwykle istotną kwestią jest to, by zaczął funkcjonować wzorcowy zakład geotermalny, prowadzony w sposób uczciwy, bez pogoni za zyskiem. Moim zdaniem, gwarantem tego są Ojcowie Redemptoryści. Bardzo cieszy mnie to, że na Jasnej Górze przedstawiciele Rodziny Radia Maryja, do której się zaliczam, zechcieli poprzeć budowę takiego zakładu w Toruniu. To bardzo ważny projekt. Polska podpisała międzynarodowe umowy dotyczące redukcji emisji dwutlenku węgla oraz zobowiązała się do zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii w swoim bilansie energetycznym. Dziś sporo nam brakuje do tego 7,5-procentowego progu, który musimy osiągnąć w 2010 roku. Jeśli nie dotrzymamy podjętych zobowiązań, to Polska, siedząc na ogromnych zasobach, będzie kupowała czystą energię, której w nadmiarze będą mieli Niemcy. Jest to jakieś nieporozumienie. Co więcej, nie dość że będziemy kupować energię, to jeszcze zapłacimy ok. 1 mld euro rocznie kary za niewywiązanie się z podjętych wobec UE zobowiązań. Tymczasem rozwijając geotermię, możemy osiągnąć bardzo wiele. To przede wszystkim gigantyczny efekt ekonomiczny. Gdyby zagospodarować tylko owe 7 tys. odwiertów, to zyskujemy ogromną liczbę miejsc pracy - możemy rozwijać produkcję zdrowej żywności, technologię ekologicznego suszenia drewna, przyspieszoną hodowlę ryb ciepłolubnych. Ponadto możemy rozwijać lecznictwo balneologiczne. Wiadomo przecież, że energia warunkuje rozwój gospodarczy. Tania energia to tani produkt. Energia pozyskiwana z zasobów geotermalnych może być nawet pięciokrotnie tańsza, niż ta produkowana z innych nośników. Jestem lekarzem, ale zajęłam się geotermią, gdyż ma ona bezpośrednie przełożenie na nasze zdrowie. By być zdrowym, trzeba pić czystą wodę, oddychać czystym powietrzem, konsumować ekologiczną żywność wysokiej jakości. To wszystko możemy osiągnąć, dysponując czystą, tanią energią. Oczywiście nie zrezygnujemy z węgla, nasi naukowcy opracowali już czyste technologie jego wykorzystania. Pragnę też dodać, że jesteśmy świadkami narastania chorób na tle alergicznym. W Europie 10 procent populacji dziecięcej choruje na astmę oskrzelową (4,5 proc. dorosłych), a co 10 lat o połowę wzrasta liczba nowych zachorowań. Rozwijają się też choroby nowotworowe - kilka lat temu w Polsce notowano rocznie około 90 tys. nowych zachorowań, dziś jest to 120 tysięcy. Jeżeli się nie zmobilizujemy, w niedługim czasie będzie to 160 tys. nowych zachorowań rocznie. Dlatego warto i trzeba wesprzeć projekt toruński. Korzyści są tak wielostronne, że trudno zrozumieć, czym kierowali się dysydenci, cofając dotacje dla tej inwestycji. Dla mnie jest to sprawa bulwersująca. not. MADO GÓRY
Zobacz również inne publikacje związane z tym tematem:
AUDYCJE:
Dlaczego geotermia - [2008-07-30]pos. Zofia Krasicka Domka
Koncesja fundacji "Lux Veritatis" - [2008-07-22]prof. Jan Szyszko, o. Dyrektor
Projekt geotermalny - [2008-07-14]pos. Jan Szyszko
Jakie mamy złoża? - [2008-07-01]prof. dr hab. Ryszard Kozłowski
Geotermia - [2008-06-22]prof. dr hab. Ryszard Kozłowski
Energetyka geotermalna, elektryczna i cieplna w Europie jako technologie dla przyszłości - [2008-06-18]prof. Ryszard Kozłowski
Dlaczego geotermia? cz.2 - [2008-06-10]prof. dr hab. Jan Szyszko, pos. Stanisław Zając, pos. Dariusz Bąk
Dlaczego geotermia? cz.1 - [2008-06-10]prof. dr hab. Jan Szyszko, pos. Stanisław Zając, pos. Dariusz Bąk
Niekompetencje ministra Nowickiego - [2008-06-06]prof. dr hab. Ryszard Kozłowski
Blokada projektu geotermii w Toruniu - [2008-06-03]prof. dr hab Henryk Kozłowski, o. Dyrektor Tadeusz Rydzyk CSsR
Platforma niszczy geotermię - [2008-05-31]Materiał TV Trwam
Rząd nie wspiera geotermii - [2008-05-31]pos. prof. dr hab. Jan Szyszko
Zaprzepaszczenie wielkiej szansy dla Polski - [2008-05-30]prof. Ryszard Kozłowski
Pieniądze są, ale na inne cele? - [2008-05-30]pos. Gabriela Masłowska
Manipulowanie opinią publiczną - [2008-05-30]prof. Krystyna Czuba
Polski Punkt Widzenia: Skandaliczna decyzja Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej - [2008-05-28]pos. Jan Szyszko, o. Jan Król, Kazimierz Kujda
Umowa o odwierty geotermalne zerwana - [2008-05-28]Kazimierz Kujda
Rozmowa o. dyr. Tadeusza Rydzyka z pos. Janem Szyszko na temat geotermii - [2008-05-27]
Materiał TV TRWAM na temat odebrania dotacji na odwierty geotermalne fundacji "Lux Veritatis" - [2008-05-27]
Polski Punkt Widzenia: Ataki na Radio Maryja i Ojca Dyrektora - [2008-05-27]prof. dr hab. Bogusław Wolniewicz, red. Jan Maria Jackowski, red. Jacek Karczewski
Geotermia - [2007-11-03]prof. Ryszard Kozłowski
Znaczenie wód geotermalnych w leczeniu i profilaktyce zdrowia - [2006-04-12]prof. Jacek Zimny, prof. Ryszard Kozłowski, prof. Tomasz Karski
ARTYKUŁY:
Geotermią trzeba rozważnie zarządzać - [2008-08-02]
Czysta energia: tylko popierać! - [2008-08-01]
Pokażmy, że w Polsce się da! - [2008-07-30]
Odblokujmy odwierty! - [2008-07-29]
Rządy przemijają. Naród trwa - [2008-07-29]
Próbują nas zablokować - [2008-07-22]
Otrzymaliśmy - [2008-07-19]
Chcemy wykorzystać koncesję - [2008-07-16]
Projekt geotermalny - [2008-07-14]
Geotermia - gospodarcza strategia Niemiec - [2008-07-13]
Fundusz jak pies ogrodnika - [2008-06-07]
Zależy, kto wierci - [2008-06-05]
Co ci przypomina? - [2008-06-04]
Toruń czekał na ten projekt - [2008-06-03]
Była próba szukania "haków" - [2008-05-31]
Kłamstwo ma krótkie nogi - [2008-05-31]
To rozbój pod pozorem prawa - [2008-05-30]
Decyzja szkodząca gospodarce - [2008-05-30]
Fundusz ekologiczny czy polityczny? - [2008-05-30]
Projekt mógł przygotować każdy - [2008-05-29]
Niezwykle ważna inwestycja - [2008-05-28]
Tryumf partyjniactwa - [2008-05-28]
Temperatura jest wystarczająca - [2008-01-04]
Są fundusze na geotermię - [2007-11-07]
Czysta energia może ogrzać Toruń - [2007-11-05]
Energia przyszłości - [2006-06-30]
Niewykorzystana geotermia - [2006-06-30]

WAŻNIEJSZE OSIĄGNIĘCIA POLSKIEJ GEOTERMALNEJ ASOCJACJI Polish Geothermal Association

WAŻNIEJSZE OSIĄGNIĘCIA POLSKIEJ GEOTERMALNEJ ASOCJACJI Polish Geothermal Association
Polish Geothermal Association

Powstawanie i działalność przed 1996 rokiem.

W dniu 15 września 1993 roku odbyło się w Zakopanem - Koscielisku zebranie założycieli PGA. Zebranie odbyło się po dwudniowym, międzynarodowym Seminarium na temat "Rola wód geotermalnych w ochronie środowiska przyrodniczego". W zebraniu uczestniczyło 26 osób, które jednogłośnie postanowiły powołać Polską Geotermalną Asocjację. Został powołany Komitet Założycielski PGA w składzie:

- prof. dr hab. inż. Julian Sokołowski mgr inż. Maria Gładysz







- mgr inż. Andrzej Gąsienica - Makowski,

- mgr inż. Antoni Parecki.

Na zebraniu określono podstawowe cele i kierunki działania Polskiej Geotermalnej Asocjacji:

- wspieranie badań i działań zmierzających do poznania i wykorzystania zasobów geotermalnych w Polsce,

- popieranie edukacji naukowej, technicznej i przyrodniczej, związanej ze sprawami geotermii i środowiska,

- gromadzenie i udostępnianie informacji o zasobach geotermalnych i badaniach związanych z geotermią

- nawiązywanie i poszerzanie współpracy międzynarodowej z organizacjami zajmującymi się problematyką rozwoju geotermii, a szczególnie z Międzynarodową Geotermalną Asocjacją.

Powołany wówczas Komitet Założycielski zgodnie z wymogami sądu, postanowił ukonstytuować Tymczasowy Zarząd Polskiej Geotermalnej Asocjacji w tym samym składzie co komitet założycielski.

W dniu 12 września przewodniczący Tymczasowego Zarządu PGA podpisał w imieniu Polskiej Geotermalnej Asocjacji porozumienie o afiliacji z Migdzynarodow Geotermalną Asocjac, które zostało zaakceptowane przez Radę Dyrektorów IGA 8-go listopada 1993 roku. W dniu afiliacji PGA liczyła 47 członków (nie posiadała jeszcze decyzji sądu o przyjęciu rejestracji)

W dniu 31 grudnia 1993 roku Polska Geotermalna Asocjacja została wpisana do rejestru stowarzyszeń w Sądzie Wojewódzkim w Krakowie, a osobowość prawną uzyskała 25 stycznia 1994 roku.

17 czerwca 1994 roku odbyło się I Walne Zebranie Członków PGA, na którym w regulaminowym głosowaniu został wybrany Zarząd Polskiej Geotermalnej Asocjacji w następującym składzie:

- przewodniczący - prof. dr hab. inż. Julian Sokołowski,

- sekretarz - Agnieszka Sadowska

- skarbnik - mgr inż. Grażyna Hołojuch,

- członek - mgr inż. Maria Gładysz,

- członek - prof. dr hab. Stanisław Ostaficzuk,

- członek - dr Wiesław Bujakowski,

- członek - mgr inż. Antoni Parecki.

oraz Komisja Rewizyjna Polskie Geotermalnej Asocjacji w składzie:

- przewodniczący - prof. Andrzej Parczewski,

- członek - dr inż. Elżbieta Pilecka,

- członek - mgr inż. Jan Lemparty.

Na zebraniu podjęto decyzję o udziale polskiej delegacji z ramienia PGA w światowym Kongresie Geotermalnym we Florencji, w maju 1995 roku oraz o zorganizowaniu przedkongresowej wycieczki na Podhalu. W tym samym dniu ( 17.06.1994) miało miejsce I Posiedzenie Zarządu Polskiej Geotermalnej Asocjacji.

W dniach 17-19 października PGA wspólnie z Radą Ekologiczną przy Prezydencie RP i Polską Akademią Nauk zorganizowała w Zakopanem seminarium nt.: "Rola wód geotermalnych w ochronie środowiska przyrodniczego Tatr, Podhala, Spisza, Orawy, Pienin i Gorców".

Przed seminarium zostały wydane następujące artykuły w oddzielnej publikacji

- Zagadnienia ekorozwoju Podhala - prof. S. Kozłowski;

- Karpaty jako "Ekozaplecze" Polski - prof. R. Ney;

- Zasady ekorozwoju Tatr, Podhala, Spisza, Orawy, Pienin i Gorców z uwzględnieniem niekonwencjonalnych nośników energii - prof. J. Sokolowski, mgr F. Bachleda-Księdzularz;

- Ekologiczne korzyści wykorzystania wód geotermalnych na Podhalu - dr W. Bujakowski, prof. J. Sokolowski, mgr inż. P. Długosz, prof. A. Długosz;

- Komercyjne wykorzystanie wód geotermalnych w różnych regionach Polski:

- Stan obecny i program wykorzystania energii geotermalnej na Podhalu - prof. J. Sokołowski, mgr inż. P. Długosz, dr W. Bujakowski;

- Wykorzystanie energii geotermalnej w Polsce na przykładzie miejskiego systemu grzewczego w Pyrzycach opartego o ciepłownię_ geotermalną_ - prof. Z. Meyer;

- Możliwości wykorzystania wód termalnych w energetyce cieplnej północno-zachodniej Polski - mgr A. Parecki;

- Komercyjne wykorzystanie wód geotermalnych w Żyrardowie - mgr M. Balcer;

- Możliwości komercyjnego wykorzystania energii geotermalnej w Polsce - inż. J. Sokołowska;

- The economic advantages of geothermal water utilization using Geotermia Podhalańska as a case - K. Sorensen, L. T. Hansen, mgr inż. P. Długosz;

- Elektrownie atomowe a ekorozwój - prof. W. Bojarski.

Powyzsza dzialalnosc zostala wysoko oceniona przez gremium uczestnicz_ce w seminarium, dowodem czego jest przyznanie nagrody Przewodniczącemu PGA prof. Julianowi Sokołowskiemu przez Przewodniczącego Ligi Ochrony Przyrody za rok 1994.

Przygotowano trzy referaty na Swiatowy Kongres Geotermalny w 1995 oraz przygotowano przewodnik dla uczestników przedkongresowej wycieczki, która miala miejsce na terenie Podhala.

W 1995 roku głównyrni akcentami działalnosci PGA były: uczestnictwo delegacji PGA w światowym Kongresie Geotermalnym we Florencji oraz zorganizowanie wycieczki na Pndhale i do Słowacji dla uczestników światowego Kongresu Geotermalnego.

W dniach 18 - 31 maja 1995 roku we Florencji odbył się światowy Kongres Geotermalny. Ze strony PGA w Kongresie uczestniczyła delegacja w składzie:

- Julian Sokołowski,

- Józefa Sokołowska,

- Stanisław Ostaficzuk,

- Andrzej Myśko,

- Wiesław Bujakowski,

- Beata Kępinska,

- Marek Balcer,

- Grażyna Hołojuch,

- Agnieszka Sadowska.

Przewodniczący PGA prof. Julian Sokołowski wygłosił na Kongresie trzy referaty:

- Bieżący raport geotermalny z Polski (opracował J. Sokołowski)

- Efekty zatłaczania wód geotermalnych w Polsce (opracował J. Sokołowski, J. Sokołowska, P. Piwiński)

- Wykorzystanie energii geotermalnej w ochronie środowiska Tatr, Pienin i Grców (Z. Krzan, J. Sokołowski)

PGA wspólnie ze Słowacką Asocjacją Geotermalną przygotowała jedną z wycieczek, które znalazły się w programie imprez światowego Kongresu Geotermalnego we Florencji. Polska część wycieczki odbyła się w dniach od 18 do 20 maja na Podhalu.Uczestniczyło w niej 12 osób - specjalistów z dziedziny geotermii z U.S.A., Japonii, Islandii, Nowej Zelandii i Słowacji. Uczestnicy wycieczki otrzymali wydany przez PGA przewodnik po regionie Podhala i południowej Polski. Głównym celem wycieczki była prezentacja aktualnego stanu i perspektyw wykorzystania energii geotermalnej na Podhalu, poza tym uczestnicy mieli okazję poznania historii i kultury regionu Podhala, Tatr i Krakowa.

Dzięki dotacji Narodowego Funduszu Ochrony środowiska i Gospodarki Wodnej, za co wyrażamy gorące podziękowania, przygotowano i wydano następujące publikacje:

- Referaty na Swiatowy Kongres Geotermalny we Florencji.

- Przewodnik dla uczestników wycieczki przedkongresowej na Podhalu.

- Prowincje i baseny geotermalne Polski, wersje polsko- i anglojęzyczna,

- Informator o Zakładzie Geotermalnym na Podhalu.

Innymi ważnymi działaniami PGA były w roku 1995:

- Współudział w organizacji warsztatów geotermalnych w Warszawie w dniu 27.06.1995. Tematem warsztatów była "Energia Geotermalna w krajach Europy Wschodniej".

- Zorganizowanie I kursu Polskiej Szkoły Geotermalnej w Zakopanem na temat Podstawy Geosynoptyczne rozwoju Geoenergetyki w Polsce. Przygotowano tygodniowy cykl wykładów o warunkach występowania wód geotermalnych w Polsce, sposobach ich zagospodarowania i możliwościach wykorzystania w róznych dziedzinach życia gospodarczego, a w szczególności w ochronie środowiska. W kursie wzięli udział, oprócz specjalistów geologów i geotermików, przedstawiciele władz lokalnych gmin zainteresowanych zagospodarowaniem wód geotermalnych.

- Przetłumaczenie i przygotowanie do druku tłumaczenia francuskiego opracowania albumowego pt.: "Geotermia od gejzera do grzejnika". Do opracowania tego został dopisany specjalny rozdział pt.: "Geotermia w Polsce". środki na wydanie tej pracy zapewniło Ministerstwo Ochrony środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa".
Z prof. dr hab. Ryszardem Henrykiem Kozłowskim z Politechniki Krakowskiej rozmawia Wiesława Mazur

- Import nośników energii, w tym gazu i ropy naftowej, obciąża budżet państwa kwotą 25 mld zł rocznie, tymczasem Pan twierdzi, że jesteśmy "Kuwejtem Europy" i moglibyśmy być samowystarczalni energetycznie. To brzmi jak bajka, opowiadanie science fiction.

- Siedzimy na wulkanie przebogatych zasobów energii i możemy być samowystarczalni. Wiek XIX był wiekiem węgla i pary, XX - ropy naftowej i gazu, XXI będzie wiekiem zasobów energii odnawialnej. Węgla mamy tyle, że przy rocznym wydobyciu na poziomie 100 mln ton starczyłoby go nam na 1000 lat. Szesnaście lat badań Polskiej Akademii Nauk, Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa oraz innych jednostek, które zajmowały się poszukiwaniem ropy, gazu, energii geotermalnej świadczą, że zasoby gazu - odkryte i do udokumentowania - zabezpieczają ekspolatację na wysokim poziomie, na ponad 100 lat. Ale w ciągu najbliższych 20 lat, powszechnym nośnikiem energii będzie wodór. Można budować elektrownie opierając się na wodorze spalanym w ogniwach paliwowych, czerpiąc go z wody. Powracając do zasobów energetycznych Polski, nasza ziemia została obdarzona wyjątkowo szczodrze. W żadnym innym europejskim kraju, a może nawet w żadnym innym kraju na świecie, nie stykają się tak jak u nas cztery jednostki geostrukturalne: prekambryjska plaftforma wschodnioeuropejska, kaledonidy, waryscydy i alpidy. Podobne położenie rokuje mnogość bogactw i gazu, i ropy, i wody geotermalnej. Energii zasobów odnawialnych - myślę przede wszystkim o zasobach energii geotermalnej - posiadamy nieprzebrane bogactwo. Wynoszą 625 tys. petadżuli (PJ) na rok. Jeden petadżul jest odpowiednikiem energii zawartej w 23 tys. ton ropy naftowej. To są zasoby odnawialne stałe i znajdują się na 80 proc. powierzchni Polski. Zapotrzebowanie Polski na energię wynosi 4 tys. PJ rocznie. Geotermalnej energii odnawialnej mamy 154 razy więcej niż jej w chwili obecnej potrzebujemy. Niemcy w zasoby geotermalne są trzy razy ubożsi niż my. Wielkie zasoby geotermii posiada Ukraina, ale nie są tak, jak nasze udokumentowane. Ostatnie badania w Niemczech potwierdziły, nasze wcześniejsze prognozy i obliczenia.

- Zaraz zaraz, Panie Profesorze, mówił Pan o węglu kamiennym. Czy dobrze pamiętam, że w rozpoznanych złożach mamy go podobno ok. 40 mld ton. Wystarczyłoby nam więc węgla kamiennego przy tym rocznym wydobyciu, o którym Pan wspomniał, na 400 lat. Zasoby geologiczne węgla brunatnego wynoszą ok. 13 mld ton - przy wydobyciu ponad 60 mln ton węgla brunatnego w roku, starczy tego paliwa na ponad 200 lat.

- Podane przez Panią dane są zaniżone. Króluje i rozpowszechniane jest kłamstwo, że mamy mniejsze zasoby niż one są w rzeczywistości. Mówię, nie tylko o węglu. Taka była polityka. W czasach PRL kupionych zostało z kredytu Banku Światowego 6 zestawów amerykańskich urządzeń wiertniczych. Miały być kontynuowane poszukiwanie, rozpoznawanie i wydobywanie bogactw naturalnych, ale urządzenia stały bezużytecznie. Prawie nie korzystano z nich, schowana została dokumentacja przeprowadzonych badań. Konsekwencja? Importujemy niepotrzebnie ogromne ilości gazu rosyjskiego. Wmawia nam się, że bez tego importu nie damy sobie rady, a to nieprawda. Na Górnym Śląsku węgla kamiennego mamy ok. 43 mld ton. Prof. Julian Sokołowski, który dwa lata temu odszedł od nas do nieba i był prawdziwym guru geotermii, a ja w tym zakresie jestem jego uczniem - ocenił, że węgla w Rowie Lubelskim mamy aż 60 mld ton. Razem to 100 mld ton, tylko węgla kamiennego! Mając takie bogactwo, należy myśleć o budowie karbochemii. Węgiel jest zbyt cennym surowcem, żeby go spalać. W procesie technologicznym odgazowania węgla otrzymuje się gaz, tańszy od tego, który chcemy sprowadzać zza granicy i przetrzymywać w terminalach, które zamierzamy właśnie budować za ciężkie miliony.

- To chyba pytanie retoryczne, czy warto węgiel przetwarzać, uzyskując z niego np. benzynę syntetyczną, kiedy ropa naftowa tak drożeje? Cena za baryłkę (159 l) przekracza już 75 dolarów. Mówią, że niedługo baryłka może kosztować nawet do 100 dolarów! Rafinerie benzyny syntetycznej otrzymywanej z przeróbki węgla, budowane są w wielu krajach. My, siedząc na węglu, zastanawiamy się bez końca, czy taka rafineria mogłaby się nam opłacać...
- Chcąc pchnąć nasz kraj energicznie do przodu i go zmienić, trzeba odblokować różne kurki niemożności, wykorzystać wiedzę, badania naukowe. Wcale przy tym nie trzeba wyważać zamkniętych drzwi, myśmy już to zrobili. Pełniłem różne funkcje kierownicze w uczelni, ale już ich pełnić nie chcę, bo zajmuję się Programem dla Polski, to zajmuje cały mój wolny czas. Węgiel w Polsce musimy przetwarzać. Geotermia musi ruszyć. W Polsce 76 proc. energii pochodzi ze spalania węgla, w krajach europejskich tak było 20 lat temu i postanowili tę sytuację zmienić. Węgiel, spalając się, emituje oprócz powodującego efekt cieplarniany CO2, który można wyłapywać bardzo niebezpieczne związki rtęci powodujące epidemię raka, o tym niewiele się mówi. Wykorzystanie energii geotermalnej do produkcji ciepła i prądu staje się koniecznością. Nie tylko dlatego, że z odnawialnych źródeł do 2010 r. powinniśmy otrzymywać 7,5 proc. energii, na razie otrzymujemy oficjalnie 3 proc., a naprawdę chyba nie więcej niż 2 proc. Dodam, że wśród wszystkich zasobów energii odnawialnej - myślę o energii z biomasy, słonecznej, wiatrowej, wodnej, jaką możemy wykorzystywać - geotermalna stanowi 99,8 proc.
- Profesorskie trio: Julian Sokołowski, Jacek Zimny, Ryszard Kozłowski, autorzy obszernego opracowania "Polska XXI wieku" dzielnie walczyło przez lata, o lepszą Polskę z gospodarką, która dzięki taniej energii będzie mogła skutecznie konkurować z gospodarkami o wiele bogatszych od nas krajów, dogoni je i prześcignie...

- A dlaczego nie? Tania energia jest podstawą wzrostu konkurencyjności gospodarek.

- Słyszy się jednak, że energia geotermalna jest droga...

- Energia, o której mówimy, jest tańsza od innych. Że jest droższa, to są plotki. Tak właśnie, plotkarsko działało blokujące nas lobby. Bywało, że z ekip rządowych na skutek tych plotek dochodziły do naszej trójki głosy, że jesteśmy szamanami, teoretykami z wyimagowanymi koncepcjami. Tymczasem prof. Sokołowski zanim został pracownikiem PAN wiele lat pracował w jednostkach zajmujących się poszukiwaniem zasobów, w Warszawie, Łodzi, potem w Krakowie. Zimny, podobnie jak ja, twardo chodzi po ziemi. Jestem absolwentem Politechniki Śląskiej, zajmowałem się energetyką pracując w Instytucie Metalurgii Żelaza w Gliwicach, zakończyłem tam pracę 10 wdrożeniami i 20 patentami. Byłem tutaj, w Politechnice Krakowskiej, prodziekanem Wydziału Mechanicznego, przez dwie kadencje prorektorem uczelni. Gdzież tu szamaństwo i bujanie w obłokach? Chciałem, żeby w Krakowie powstała pierwsza eklektrociepłownia na bazie geotermii, ale napotkałem opór. Zakład produkujący energię elektryczną i cieplną z geotermii powstanie w Toruniu i pokażemy, że będzie to energia tania. W Austrii zbudowanie zakładu kosztowało 5 mln euro, u nas można taki zakład zbudować taniej.

- W Bańskiej Niżnej energia z geotermii nie jest tania...

- Nagłośnione zostały koszty związane z drugim otworem. Pierwszy nadzorował prof. Sokołowski. Zakład został uznany przez Amerykanów i Japończyków za wzorcowy. Profesor, współpracując z wójtem gminy, miejscowym księdzem proboszczem i dyrektorem szkoły, zadbał, żeby od razu uruchomiony został system kaskadowy wykorzystania geotermii. Oprócz ogrzewania domów w wiosce, zbudowano basen kąpielowy, geotermia ogrzewa szklarnie, wykorzystywana jest w suszarni drewna, do hodowli ryb - sumów afrykańskich. A był to tylko otwór poszukiwawczy. Drugi otwór w Bańskiej powinien zostać wykonany nie tam, ale w Zakopanem. Wodę geotermalną transportuje się z Bańskiej na znaczną odległość. Straty ciepła trzeba uzupełnić. Proszę sobie wyobrazić, że część pieniędzy na odwiert zużyto na nową nawierzchnię Krupówek. I poszło w świat, że to drogie.
- Centra energii geotermalnej powinny być zbudowane w każdej gminie?

- Tak. To znaczy w 2500 gmin na 2700, bo w tych 2500 gorące wody geotermalne zdatne do wykorzystania znajdują prawie wszędzie, poza okolicami Suwałk i Białegostoku ok. 3 tys. metrów pod naszymi nogami. Takie centrum to nie tylko produkcja energii elektrycznej i cieplnej, także miejsca pracy. Na Górnym Śląsku pod powierzchnią, na ok. 2700 km kw. znajdują się warstwy węgla, a pod nim warstwa dewonu o miąższości 1000 m, o innej niż węgiel strukturze. W dewonie znajdują się wody geotermalne i pary przegrzane. Wystarczy wejść w dewon, żeby wykorzystać właściwości bardzo gorącej wody i pary. Razem z prof. Zimnym opracowaliśmy technologię produkcji energii elektrycznej z wyeksploatowanych kopalń. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję, że likwidowanie kopalń to był błąd. Moim zdaniem kopalnie należało oddać górnikom do dyspozycji - oni wydobywaliby z nich węgiel i nie musieli ginąć w biedaszybach. Pod warstwą węgla, jak już powiedziałem, są świetne warunki geotermalne. Na poziomie chodników, do których można dowiercić się z góry, a potem wejść w dewon, w zamkniętych kopalniach, warto uruchomić turbiny - generatory produkcji energii elektrycznej. Każda kopalnia ma dokładną charakterystykę chodników, są metody satelitarne, dzięki którym wieże wiertnicze łatwo umieścić dokładnie nad chodnikami. Zgłosiłem taki projekt do Brukseli i czekam na odpowiedź, która ma nadejść jeszcze w tym miesiącu. Chcemy ten pomysł z Zimnym wypróbować w kopalni Knurów.

- Dziękuję za rozmowę.

Kronika wyprzedaży Polski (210)

Polfarma, Orbis - poszły

Konsorcjum złożone ze Spectry Management i Prokom Investments pod koniec lipca 2000 r. przejęło kontrolę nad Polpharmą ze Starogardu Gdańskiego, największą w Polsce i jedną z największych w Europie Środkowej i Wschodniej firmą produkującą leki oraz substancje do ich wytwarzania. Za pakiet 52,5 proc. akcji konsorcjum zapłaciło 231 mln zł. Nie było niespodzianki, wcześniej w Ministerstwie Skarbu Państwa przyjaźnie gwarzono z przedstawicielami tego kandydata na inwestora, a potem gazetach ukazały się informacje, że Spectra Management i Prokom Investments przejmą Polpharmę w ciągu miesiąca. Spectra objęła 42,5 proc. akcji, Prokom Investments - 10 proc. Spaliły na panewce propozycje zgłaszane przez Polską Izbę Przemysłu Farmaceutycznego, żeby wokół Polpharmy utworzyć polski holding faramaceutyczny. Za konsolidacją naszego przemysłu farmaceutyków przy udziale Polpharmy opowiadali się też posłowie Sejmowej Komisji Zdrowia, ale ich głos brzmiał słabo, w każdym razie nikt z rządu nie poparł tego pomysłu. Kondycja firmy była dobra, ale mówiono, że brakuje jej kapitału na inwestycje. Przychody ze sprzedaży w roku poprzedzającym sprzedaż wynosiły 551 mln zł, zysk po opłaceniu podatków 72 mln zł.
***
To, że Polpharma specjalizowała się również w wytwarzaniu substacji chemicznych do produkcji lekarstw, stanowiło jej dodatkowy atut. Większość producentów farmaceutyków sprowadzała te substancje z Azji, bo tam można było je kupić taniej i na razie nie było to zabronione, ale wiadomo było, że niedługo zabronione będzie. Miały wejść przepisy dotyczące surowych wymagań jakościowych przy produkcji lekarstw. Polpharma inwestowała w nowe maszyny i linie produkcyjne oraz standardy GMP (Good Manufacturing Practice = Dobra Robota Wytwarzania) zapewniające wysoką jakość, czystość użytych surowców i komponentów gotowego produktu. GMP zapewnia również pełną kontrolę nad jakością i pochodzeniem surowców. W firmie wyjaśniano, że potrzebuje na inwestycje jakieś 100 mln dolarów, w resorcie skarbu - że Polpharma, która planuje uruchomić produkcję segmentu leków OTC, czyli sprzedawanych bez recept, musi mieć znacznie więcej kapitału niż informuje i oni jej ten kapitał zapewnią - przez sprzedaż fabryki. W momencie zawarcia umowy dokonano podwyższenia kapitału spółki o 100 mln zł, żeby miała trochę środków na spłatę zobowiązań. Polpharma zaciągnęła pożyczkę na budowę nowej wytwórni leków. Konsorcjum zobowiązało się w ciągu 5 lat zainwestować w spółkę 600 mln zł, wdrożyć na wszystkich wydziałach standardy GMP, rozkwit działu badawczego, sieci handlowej, eksportu i utrzymanie na dotychczasowym poziomie zatrudnienia (ok. 3 tys. osób) przez najbliższe trzy lata. Spectra była firmą prowadząca działalność handlowo-marketingową, ale zaangażowana już była w dwa zakłady sektora farmaceutycznego: Terpol w Sieradzu i Bicom w Rzeszowie. Prokom Investments prowadził działalność inwestycyjną, uczestnicząc kapitałowo w innych spółkach, w tym w giełdowej spółce Prokom Software oraz grupie farmaceutycznej BA - Bioton.
***
Mimo roszczeń, dotyczących części działki, na których stała wytwórnia płynów infuzyjnych, Polfa Kutno postawiła na prywatyzację, za co była w Warszawie przy ul. Wspólnej (siedziba MSP) chwalona. Za kilka tygodni miała zostać podpisana umowa przedwstępna dotycząca maszyn, produktów, marek handlowych i rynku z koncernem niemieckim Frasenius (potentat produkcji płynów infuzyjnych w Europie). Sprzedaż działki i zabudowań nastąpi później - zgodzili się Niemcy. Prawie połowę produkcji Polfy Kutno, po sprzedaży, miały stanowić preparaty OTC, najszybciej rozwijający się segment rynku farmaceutycznego w Polsce, uważanego za najbardziej dochodowy. Udział w prywatyzacji Tarchomińskich Zakładów Farmaceutycznych Polfa zgłosiła spółka Strem. Na tym terenie, gdzie stoi zakład, przed wojną produkowała fabryka chemiczna należąca do Strem, na działce wielkości 9,5 ha. Tarchomińska Polfa obejmowała 70 ha, cały ten grunt, także działkę należącą kiedyś do Strem, na mocy dekretu PKWN przeszedł na własność skarbu państwa, ale takiego zapisu w księgach wieczystych nie było. Rozpoczął się spór Polfy, która od przekształceń własnościowych wywijała się jak piskorz - ze Stremem. Spór łagodzono w zaciszach gabinetów ministerstwa skarbu, które stało na stanowisku, że Polfa Tarchomin przekształceniom własnościowym poddać się musi i bezwzględnie potrzebuje inwestora. Wskazywano na Polfę Rzeszów, która została sprzedana koncernowi amerykańskiemu ICN w 1997 r., jak jej dobrze. W Rzeszowie oddawano nową fabrykę, którą Amerykanie z ICN wybudowali za 40 mln dolarów.
***
- A więc rozstrzygnęła się przyszłość Orbisu - mówił smętnie Maciej Grelowski prezes zarządu spółki notowanej na giełdzie od listopada 1997 r., w której skarb państwa posiadał pakiet 41,9 proc. Francuski konkurent przejął nad Orbisem kontrolę. Akcje sprzedano o wiele taniej niż się spodziewano. - Cóż robić, w ostatnich tygodniach straciły mocno na wartości - tłumaczyła Barbara Litak - Zarębska, wiceminister skarbu. Słoń zawładnął myszą, Orbis posiadał w Polsce 55 hoteli, a Accor Group miał ich na świecie 3234. Ministerstwo skarbu 35,37 proc. akcji Orbisu sprzedało za 578 mln 600 tys. zł. Dokładnie nabywcą tego pakietu były firmy Accor, Fic Globe LLC oraz Globe Trade Center. Zgodnie z umową 20 proc. akcji miało trafić do francuskiej sieci hotelowej Accor. Zależna od Deutsche Banku firma Fic Globe LLC objęła pakiet akcji 10,37 proc., a spółka deweloperska Globe Trade Center - 5 proc. W umowie sprzedaży zostało zapisane, że marka Orbisu, który został wyprowadzony na prostą i w 1999 r. wykazał zysk netto w wysokości 92,2 mln zł, utrzymana zostanie przez najbliższych 6 lat. Nabywcy mieli zmodernizować przejęte obiekty i zainwestować w budowę hoteli niedrogich, bo drogich w Warszawie i innych miastach powstało wiele, a tanich o przyzwoitym standardzie, nie było prawie wcale. Był czas, kiedy pracownicy Orbisu śnili o leasingu firmy, ale mowy nie było, żeby dostała im się taka gratka. Zresztą skąd mieli wziąć takie pieniądze? Orbis był zbyt kosztowny. Browary Warszawskie produkujące m.in. piwa Królewskie i Złoty Król zostały sprywatyzowane, jako spółka pracownicza. Załoga krótko cieszyła się własnością, zresztą ze swojej winy - ludzie potrzebowali pieniędzy na bieżące wydatki i sprzedali swoje akcje członkom zarządu. Następnie zakład został przez nich sprzedany (98 proc. akcji) Brau Union. Austriacy zapłacili 167 mln zł. Wychodziło, że za 1 proc. rynku Brau Union zapłaciła 55 mln zł (udział Browarów Warszawskich w rynku wynosił 3 proc.). W ten sposób austriacki potentat piwny swój udział w rynku piwa w Polsce zwiększył do 8 proc. i zamierzał agresywnie zagarniać na rynek dalej.